|
Wyświetleń: 828
część 1
W ciemną noc grudniową
Gdy w sobotę 12 grudnia 1981 roku Polacy kładli się spać nie podejrzewali nawet, że obudzą się już w innej Polsce. Chociaż wydawało się, że komuna jest w stanie rozkładu i nie zdoła powstrzymać zachodzących przemian to należało pamiętać, że nigdy nie zamierzała ona oddawać władzy a wprost przeciwnie jak pokazywała powojenna historia potrafiła z całą bezwzględnością walczyć o jej utrzymanie nie przebierając w środkach. Wbrew pozorom w roku 1981 komuniści nie byli bezsilni jak to się większości Polaków wydawało. Do dyspozycji mieli posłuszną armię, równie posłuszną Milicję Obywatelską (MO), ślepo oddaną Służbę Bezpieczeństwa (SB) a także tysiące agentów, szpicli i tajnych współpracowników. A co najważniejsze to przecież za wschodnią granicą był potężny Związek Radziecki. Biorąc pod uwagę wszystkie te fakty należało się spodziewać, że komuna zaatakuje. Jednak zdecydowana większość Polaków zafascynowana triumfem "Solidarności" zatraciła zdolność do właściwej oceny sytuacji. To się później zemściło bo wprowadzenie stanu wojennego odbyło się w zasadzie bez większego oporu społecznego. Społeczeństwo było po prostu kompletnie zaskoczone i w żadnej mierze nieprzygotowane do skutecznego oporu.
W Starachowicach tak jak w całym kraju aresztowania rozpoczęły się tuż po północy 13 grudnia. Prawie jednocześnie kilkuosobowe grupy milicjantów zastukały do mieszkań najaktywniejszych działaczy starachowickiej "Solidarności".
Edward Dajewski przewodniczący Komisji Fabrycznej NSZZ "Solidarności" w FSC był bardzo zaskoczony, gdy usłyszał kopanie do drzwi swojego mieszkania. Jeszcze bardziej był zdziwiony, gdy po ich otwarciu do mieszkania weszli milicjanci i kazali mu się ubierać. Dajewski nie miał pojęcia, że trwa stan wojenny i wieziony milicyjnym samochodem na komendę przemyśliwał, czym się mógł władzy narazić, że tak nagle został wyrwany z rodzinnego domu.
Nie inaczej było u innego działacza "Solidarności" Andrzeja Markowskiego. Po wyjściu gości z imieninowego przyjęcia, jakie urządziła jego żona (Aleksandra) państwo Markowcy robili porządki i zamierzali kłaść się spać, gdy nagle rozległo się walenie do drzwi. Markowski początkowo myślał, że to któryś z gości wrócił, bo zapomniał czegoś zabrać. Jak gdyby dla formalności zapytał: Kto tam? Jakież było jego zdziwienie, gdy usłyszał, że to milicja i że ma otwierać drzwi. Mając na uwadze to, że w owym czasie nieodosobnione były przypadki nachodzenia przez MO i SB działaczy związkowych, które niejednokrotnie kończyły się pobiciem Markowski ani myślał otwierać. Kazał żonie wyjść na balkon i krzyczeć "ratunku" a sam uzbrojony w toporek zamierzał bronić się przed napastnikami. Widząc jednak, że drzwi zaczynają się poddawać zablokował je toporkiem. Wtedy napastnicy nie mogąc dostać się do środka zaczęli walić w drzwi stalowym łomem. W drzwiach pojawiły się dziury. Niewiele brakowało by skończyło się to tragicznie, bo łom o mało, co nie przebił córki Markowskiego, która trzymała drzwi plecami. Widząc, co się dzieje Markowski już się nie bronił, lecz czekał na to, co będzie dalej. Nie musiał czekać długo, bo osłabiona waleniem łomem dolna część drzwi kopnięta przez któregoś z napastników wpadła do środka. Przez tę dziurę milicjanci wdarli się do mieszkania.
Gdy Henryk Miernikiewicz 12 grudnia 1980r. szedł do pracy na nocną zmianę nawet nie przypuszczał, że nie prędko wróci do domu. Siedząc na dyżurce hydraulików gdzie pełnił dyżur niczego nie podejrzewał, gdy około godziny drugiej zadzwonił telefon, aby przyszedł na wartownię naprawić pęknięty kaloryfer. Do kaloryfera nie poszedł jednak Miernikiewicz, lecz drugi z hydraulików, w którego rejonie "awaria" się znajdowała. Wkrótce na dyżurce pojawił się komendant straży przemysłowej a po chwili do pomieszczenia wpadło czterech milicjantów, którzy rzucili się na Miernikiewicza zakuli go w kajdanki i w roboczym ubraniu powlekli do milicyjnej "suki".
Jacek Sadowski, rzecznik prasowy Komisji Fabrycznej NSZZ "Solidarność" w Fabryce Samochodów Ciężarowych a zarazem redaktor kilku gazetek związkowych, około godziny 24-tej odprowadził teściową na pociąg na stację i wrócił do domu po około 30 minutach. Wraz z żoną zamierzali obejrzeć film, który właśnie leciał w telewizji, ale nagle niespodziewanie program został przerwany. Sadowski pomyślał natychmiast, że jest to celowe działanie komuny, ale nie wiedział, czemu by to miało służyć. Nie miał jednak czasu, aby się nad tym zastanawiać, bo na klatce schodowej usłyszał tupot podkutych butów. Od razu pomyślał, że idą po niego. Wyjrzał przez wizjer i zobaczył kilka milicyjnych mundurów. Wraz z matką zatarasowali drzwi szafą a w tym czasie żona przez balkon wzywała pomocy. Milicjanci widząc, że nie zostaną do mieszkania wpuszczeni zabrali się za wyważanie drzwi. Sadowski oceniając sytuację doszedł do wniosku, że nie ma szans na ucieczkę (mieszkał na trzecim piętrze) jak również to, że drzwi długo nie wytrzymają zdecydował się na odsunięcie szafy i wpuszczenie milicjantów do mieszkania. Okazano mu nakaz internowania i coś o stanie wojennym i poprowadzono do milicyjnego samochodu. Nie wiedząc z czym kojarzy się stan wojenny Jacek Sadowski był przekonany, że jest wojna i że "ruscy" wkroczyli do Polski.
Jerzy Nobis, który w Prezydium Komisji Fabrycznej NSZZ "Solidarność" w FSC zajmował się organizowaniem wszelkiego rodzaju akcji prowadzonych przez Związek (w tym strajków) a ponadto był człowiekiem, który dbał o właściwe funkcjonowanie Związku w tym czasie przebywał na szkoleniu związkowym, które odbywało się Bocheńcu pod Kielcami. Było tam wielu związkowców z całego województwa kieleckiego. Oprócz Nobisa w szkoleniu udział brał także inny członek Komisji Fabrycznej NSZZ "Solidarność" w FSC Krzysztof Nowak. Tuż przede północą w telewizorze pokazał się generał Jaruzelski ze swoim przemówieniem o wprowadzeniu stanu wojennego. Związkowcy zupełnie nie wiedzieli, o co chodzi, ale niedane im było długo zastanawiać się nad tym, co się dzieje, bo na korytarzach rozległ się tupot ciężkich butów. To milicjanci, którzy wcześniej gęstym kordonem otoczyli budynek wdarli się do jego środka i zaczęli wyprowadzać związkowców z pokoi do milicyjnych samochodów.
Aleksander Paniec w sobotni wieczór hucznie obchodził swoje imieniny. Przyjęcie imieninowe miało się już ku końcowi, gdy chwilę po godzinie 24 do domu wtargnęli milicjanci i zabrali solenizanta tak jak stał w kapciach i koszuli do milicyjnego samochodu i powieźli na komendę MO. Razem z Pańcem internowano będącego uczestnikiem imprezy Edwarda Imielę.
Tomasz Ofman szef starachowickiej delegatury NSZZ "Solidarność" uniknął aresztowania w dniu 13 grudnia tylko, dlatego, że nie było go w domu. Gdy rano dowiedział się, że jest stan wojenny nie wrócił już do domu, ale przez trzy dni ukrywał się u rodziny i zastanawiał się, co ma robić dalej. Po długich przemyśleniach doszedł do wniosku, że nie ma innego wyjścia z sytuacji jak tylko podzielić los innych działaczy "Solidarności". Wrócił więc do domu i czekał, co się będzie działo dalej. Nie musiał długo czekać, bo wkrótce zjawiła się milicja z nakazem internowania. Tak szybkie pojawienie się milicji pozwala przypuszczać, że dom był pod obserwacją jakiegoś szpicla, który musiał mieszkać w bardzo bliskiej odległości.
Leszek Nowak przewodniczący "Solidarności" w Zakładzie Transportu Samochodowego również nie został aresztowany 13 grudnia a to prawdopodobnie z powodu nieaktualnych danych dotyczących jego adresu zamieszkania znajdujących się w milicyjnych kartotekach. Można tak przypuszczać gdyż grupa, która miała go aresztować zjawiła się pod starym adresem. Tymczasem Nowak mieszkał już gdzie indziej. Nie czekając aż milicja ustali nowy jego adres opuścił mieszkanie i postanowił nie wracać dopóki sytuacja się nie wyjaśni.
13 grudnia internowano jeszcze Michała Pytlarza, Stanisława Szczygła, Annę Szlapę doktora Jerzego Purskiego (będącego po dwóch zawałach) i Jozefa Wikierskiego.
Milicyjne samochody krążyły po mieście i przewoziły aresztowanych na komendę Milicji Obywatelskiej. Wzmocniony patrol pojawił się także w budynku ZDK, w którym mieściła się starachowicka Delegatura NSZZ "Solidarność". Sprawozdanie z tej akcji jeszcze tego samego dnia sporządził popr. Józef Wójcik
Starachowice dn. 13.12.1981
Tajne specjalnego znaczenia
Egz. Pojedynczy
Notatka służbowa
W dniu 13.12. br. zgodnie z poleceniem służbowym udałem się wraz z por. A. Suwarą i ppor. A. Mazurem oraz st. sierż. W. Łyżwińskim i sierż. J. Kwietniem do siedziby delegatury "Solidarność" w Starachowicach. Delegatura była zamknięta. Zastano kierownika ZDK FSC w Starachowicach B. Kolbusa któremu wydałem polecenie nie wpuszczać nikogo do budynku ZDK które to plecenie przekazał dozorcy. Około 1.00 B. Kolbus opuścił m. pracy. Obserwacja z ukrycia budynku ZDK nie przyniosła żadnych rezultatów. Nikt nie próbował dostać się do budynku. O godz. 2-ej udaliśmy się w drogę powrotna do KMMO. Po drodze spotkaliśmy grupę pod d-ctwem por. K. Dudy z która udałem się do Zakładu Metalurgicznego, gdzie dokonaliśmy zatrzymania H. Miernikiewicza.
Po wykonaniu powyższych czynności wróciłem do KMMO w St-wicach.
St. insp. Wydz. III A
popr. J. Wójcik
Akcja została przeprowadzona sprawnie i czołowi starachowiccy działacze "Solidarności" znaleźli się na komendzie starachowickiej MO. Dalsze ich losy w drugiej części artykułu.
Część 2
W komunistycznym więzieniu
Jak pamiętam z pierwszej części artykułu starachowiccy działacze "Solidarności" zostali w nocy 13 grudnia 1981 roku aresztowani i przewiezieni na komendę Milicji Obywatelskiej (MO). Tam wszyscy zostali dokładnie zrewidowani a wszystko, co przy nich znaleziono trafiło do milicyjnego depozytu. Wyrwani w środku nocy ze swoich domów byli przesłuchiwani, ale nie wszyscy (na przykład Jacek Sadowski) odpowiadali na zadawane im pytania. Trudno określić ile to wszystko trwało, ale pewnie nie więcej niż dwie trzy godziny. Po dokonaniu tych czynności więźniowie zostali wyprowadzeni z cel i poprowadzeni za budynek komendy MO gdzie stały zaparkowane dwie milicyjne nyski. Polecono im zająć miejsca w samochodach i powieziono w nieznanym kierunku. Była ciemna mroźna noc. Szyby w samochodach były pozamarzane, więc nie sposób było nawet stwierdzić, w którym kierunku samochody jadą. Więźniowie starali się po odgłosach z zewnątrz i po zachowaniu aut odgadywać kierunek jazdy. Pierwszym znakiem, który trochę rozjaśnił im sytuację był przejazd przez tory kolejowe w Starachowicach Zachodnich. Wiedzieli więc, że jadą na południe. Teraz uważnie starali się wyczuć czy samochody skręcą w lewo czy w prawo. Wyczuli, że skręciły w prawo. Wydedukowali, że jadą do Kielc. Niektórzy obawiali się, że mogą być wiezieni do Związku Radzieckiego "na białe niedźwiedzie", dlatego trochę odetchnęli, gdy stwierdzili, że jadą na zachód. Ten trochę polepszony nastrój wkrótce jednak minął, bo po kilkudziesięciu kilometrach jazdy samochody stanęły w lesie pod Kielcami. Chyba wszyscy byli przekonani, że tu ich podróż dobiegnie końca znali, bowiem komunistyczne metody i wiedzieli, że dla nich zamordowanie człowieka nie stanowiło większego problemu. Samochody stały w środku lasu a grozę sytuacji potęgowały rozmowy milicjantów, jakie prowadzili oni przez krótkofalówki. Wiele osób modliło się i pewnie żegnało się z życiem. Na szczęście po około piętnastu minutach samochody ruszyły w dalszą drogę. Nad ranem, gdy już się nieco zaczęło rozwidniać podjechały pod bramę więzienia na kieleckich Piaskach. Podobnie jak wiezieni ze Starachowic działacze "Solidarności" myślał wieziony z innego kierunku, ale także przez las Jerzy Nobis. On też znał komunistyczne metody, bo przesiedział za działalność opozycyjną, ale pod sfabrykowanymi zarzutami całe pięć lat. Bał się, że samochody mogą skręcić w las a oni po prostu zostaną zastrzeleni. Odetchnął dopiero, gdy dojechali do kieleckiego więzienia na Piaskach. Tu muszę powiedzieć, że obawy aresztowanych nie były wcale przesadzone. Znając powojenną historię można było podejrzewać, że komuniści mogą się zdecydować na definitywne pozbycie się swoich przeciwników politycznych. Trzeba także pamiętać, że w okresie stanu wojennego wielu działaczy zostało skrytobójczo zamordowanych. Pamiętam, że wiele osób tuż po wprowadzeniu stanu wojennego mówiło, że ci, których milicja wywiozła w niewiadomy kierunku już więcej do domów nie wrócą.
W wiezieniu na Piaskach ruch był duży. Co raz to podjeżdżały nowe samochody i przywoziły kolejnych internowanych. Umieszczani byli oni w oddzielnym bloku, który był dla nich specjalnie opróżniony z więźniów kryminalnych. Nastawienie zarówno milicjantów jak i strażników więziennych było wręcz wrogie gdyż już od wielu miesięcy byli oni utwierdzani w przekonaniu, że "Solidarność" będzie mordować komunistów w tym także tych, którzy im służą. Przedstawiano im nawet listy osób przeznaczonych do zgładzenia. Tak indoktrynowani uwierzyli w to, co im wmawiano i byli przekonani, że przywieziono im groźnych bandytów, którzy mieli mordować nie tylko ich samych, ale i ich rodziny. Dopiero po wielu dniach, gdy w bezpośrednich kontaktach okazało się, że to nie są żadni bandyci, ale oddani sprawie patrioci stosunek strażników do więźniów zdecydowanie się zmienił. Oczywiście były również takie przypadki, że ten czy tamten "klawisz" niczego nie zrozumiał i do końca pobytu "umilał" więźniom życie.
Tuż po przywiezieniu do więzienia związkowcy byli ponownie podani procedurze spisywania danych a później kierowani do cel. Internowanych umieszczano w celach w taki sposób, aby wzajemnie się nie znali. Jak twierdzi większość z nich w każdej celi umieszczany był "kapuś", który był więźniem kryminalnym i którego zadaniem było donoszenie władzom więziennym wszystkiego, o czym aresztowani rozmawiali. Niektórych "kapusiów" udało się nawet zdemaskować. Po kilku dniach rozpoczęło się wzywanie na przesłuchania, podczas których niektórych starano się skłonić do współpracy oferując za to szybkie zwolnienie z więzienia. Namawiano także do podpisania tak zwanej "lojalki", w którym to dokumencie więzień zobowiązywał się do zaniechania jakiejkolwiek działalności opozycyjnej. Podpisanie "lojalki" było przepustką na wolność. Niektórzy z "okazji" tej skorzystali, ale zdecydowana większość nie zamierzała niczego podpisywać.
Jak mówią osoby, które wtedy były internowane przesłuchania w zasadzie niczego nie miały wyjaśniać, gdyż funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa (SB) doskonale o wszystkim wiedzieli ze szczegółami włącznie. Świadczy to o tym, że "Solidarność" w okresie legalnej działalności została dogłębnie rozpracowana.
W czasie, gdy internowani powoli oswajali się z więzienną rzeczywistością ich rodziny przeżywały koszmar. Spowodowane to było między innymi tym, że zupełnie nie wiadomo było, co stało się z ich bliskimi. Nikt nie poinformował ich gdzie przebywają, co się z nimi dziej, jaka będzie ich przyszłość, nie mówiąc już o możliwości zobaczenia się z nimi. Niepewność ta trwała prawie do Świąt Bożego Narodzenia. Wtedy właśnie odbyły się pierwsze widzenia.
Po wprowadzeniu stanu wojennego w wielu krajach Europy Zachodniej odbywały się potężne manifestacje, podczas których potępiano komunistyczną dyktaturę Jaruzelskiego, żądano zniesienia stanu wojennego i zwolnienia internowanych. Z dokumentów IPN wynika, że jedna z takich manifestacji odbyła się już 13 grudnia pod Konsulatem PRL w Paryżu. Ponadto telewizja francuska prezentowała materiały dotyczące "Solidarności" a wśród nich był program, w którym pokazano Henryka Miernikiewicza, gdy gościł on we Francji wraz z grupą działaczy "Solidarności" we wrześniu 1981 roku. O tym, co się działo w tym czasie we Francji SB wiedziała z rozmowy, jaka została przeprowadzona z jedną z osób, które z Francji wróciły. Tu trzeba dodać, że powrót z Zachodu do Polski, w której trwał stan wojenny była czymś niezwykłym. Z reguły osoby, które były wtedy za granicą pozostawały i prosiły o azyl polityczny.
Radom dnia 24 lutego 1982r
Naczelnik Wydziału 1
Wydział Paszportów MSW
w Warszawie
Meldunek Specjalny Nr 5/82
do. (dotyczy) manifestacji pod Konsulatem PRL w Paryżu
oraz udzielonego wywiadu przez ob. (obywatela) polskiego w telewizji francuskiej.
I. Źródło informacji
Rozmowa sondażowo-rozpoznawcza z ob. Metto Krystyna z d. Stępień c. Antoniego i Marianny Grabowiec ur. 10.8.1924r. w Trzebień, mężatka, wykształcenie podstawowe, członek PZPR, rencistka, zam. Radom ul. Sandomierska 16 m. 63.
II. Treść meldunku
Po powrocie z czasowego pobytu we Francji przeprowadzono rozmowę sondażowo-rozpoznawczą z ob. Metto Krystyną, która przekazała następującą informację:
Po ogłoszeniu stanu wojennego w Polsce w dniu 13.12.1981r pod Konsulatem PRL w Paryżu były przeprowadzone manifestacje zorganizowane przez Polonię i turystów polskich przebywających tam czasowo. Oszacowała, że było ich tam ok. 5 tys. osób. Wykrzykiwali oni szyderczo pod adresem rządów Polski i ZSRR. Tłum ten został rozpędzony przez policję francuską w ciągu 10 minut tak, że po nim zostały tylko części garderoby. Zajście pod polską ambasadą było pokazywane w telewizji francuskiej. Po Nowym Roku /dokładnie nie pamięta/ telewizja francuska przeprowadziła wywiad z dwoma osobami z Polski, które jak podano przyjechały w miesiącu lipcu 81 turystycznie do Francji. Osoby te, to kobieta o nazwisku najprawdopodobniej DAL oraz mężczyzna /bdb/ który rzekomo jak podano na stałe zamieszkuje w Starachowicach. Wywiad został przeprowadzony w języku polskim. Podczas prowadzonego wywiadu kobieta m.in. stwierdziła, że polscy komuniści mordowali działaczy "Solidarności" kładąc ich pod pociągi na tory kolejowe. Wypowiadała się poza tym bardzo negatywnie o ustroju PRL. Z wypowiedzi mężczyzny pamięta jedynie takie stwierdzenie, iż nie mógł otrzymać paszportu na wyjazd za granicę. Otrzymał zgodę na wyjazd po pięciu dniach głodówki. Z wypowiedzi Metto wynika, iż wszyscy Polacy wrócili do kraju.
Przedsięwzięcia
Kopię Meldunku Specjalnego przesłać do Wydziału Paszportów KWMO w Kielcach celem służbowego wykorzystania.
Naczelnik
Wydziału Paszportów
KWMO w Radomiu
mjr mgr Roman Garbacz
Mężczyzna to: Miernikiewicz Henryk s. Józefa i Franciszki ur. 2.04.1937r Adamów zam. Michałów 281, działacz "Solidarności" - wyjechał do Francji na zaproszenie tamtejszych związków zawodowych. W dn. 13.12.1981r został internowany gdzie na odosobnieniu przebywa do chwili obecnej. Zastrzeżenie Z-42/81 wniesione jest prze Wydz. III "A" KWMO w Kielcach. Kobieta o której mowa jest nam nie znana.
Kpt. Chmielewski W
Losy starachowickich działaczy "Solidarności" internowanych 13.12.1981r. były różne. Jedni wkrótce opuścili więzienie, ale inni spędzili w nim długie, długie miesiące. Przed Świętami Bożego Narodzenia w domu byli już: Edward Imiela, Stanisław Szczygieł, Józef Wikierski, Jerzy Purski i Anna Szlapa. 20 stycznia 1982 roku więzienie opuścił Tomasz Ofman. Edward Dajewski i Andrzej Markowski zwolnieni zostali 29 kwietnia. Prawdopodobnie wtedy zwolniono także Michała Pytlarza i Krzysztofa Nowaka. Henryk Miernikiewicz opuścił więzienie 6 maja. Jacek Sadowski i Aleksander Paniec wyszli pod koniec lipca. Najdłużej, bo aż do połowy listopada internowany był Jerzy Nobis, którego jak z tego wynika, komuna uznała za szczególnie niebezpiecznego.
Jan Seweryn
Średnia: 5 (Głosów: 1) |
|
|